Na Śląsku jest ich kilkoro, w Polsce kilkadziesiąt, ale to wciąż za
mało, by sfinansować specjalistyczne badania. O chore na Sanfilippo
dzieci postanowili więc walczyć rodzice, którzy pół roku temu założyli
stowarzyszenie. Sami zdobywają fundusze na codzienną walkę z na razie
nieuleczalną chorobą. Stopniowej utracie wszystkich funkcji życiowych
może zapobiec tylko jeden lek: genisteina. Problem w tym, że lek jest
dopiero w fazie badań i niestety nie w Polsce.
Adobe Flash Player not installed or older than 9.0.115!
Mateusz i Maks do trzeciego roku życia rozwijali się normalnie.
Teraz oni i ich rodzice żyją z wyrokiem. Mukopolisacharydoza trzeciego
typu to cichy złodziej dziecięcego życia, bowiem powoli zabija
wszystkie funkcje życiowe. - Przy nich trzeba wszystko zrobić.
Trzeba nakarmić, przebrać, wymyć. Bardzo często dzieci chorują, więc to
już są noce nieprzespane. Cały czas opieka nad nimi - stwierdza Wioletta Łabno, mama chorych chłopców.
Choroba jest nieubłagana. Większość dzieci nie dożywa 18 roku życia.
W ostatnich miesiącach trafiają do hospicjum w Mysłowicach. - Stan
tego dziecka kilkakrotnie się pogarszał i gwałtownie z takich ciężkich
stanów był wyprowadzany. Jest to ciężka choroba i trudno sobie
wyobrazić, żeby rodzice byli pozbawieni w tym okresie jakiegoś
intensywnego nadzoru - przyznaje Beata Fujarska z Hospicjum "Cordis" w Mysłowicach.
Ale ze wsparciem jest co najmniej kiepsko - tłumaczą rodzice. Koszt
leczenia to kilka tysięcy złotych miesięcznie. Jak mówią, na
finansowanie całości terapii nie mają co liczyć, bo Sanfilippo dla
Narodowego Funduszu Zdrowia nie istnieje. I pewnie dlaczego - nikt na
ten temat rozmawiać z nami nie chciał.
Jedyna nadzieja na godne życie dla państwa Łabno to znajdujący się w
fazie eksperymentalnych badań w Holandii lek: genisteina. - Rozpoczęła
się próba kliniczna z podwójnie ślepą próbą i kontrolą placebo, czyli
taki praktycznie ostatni etap badań. Liczymy, że będzie on mógł
zahamować postęp choroby - wyjaśnia prof. Grzegorz Węgrzyn, biolog molekularny i genetyk z Uniwersytety Gdańskiego.
Na badania kliniczne w Polsce pieniędzy nie ma. Dlatego państwo
Wioletta i Andrzej Łabno założyli Stowarzyszenie Uratujmy Życie. Jak
mówią, o swoje dzieci muszą walczyć sami. - Żadna firma
farmaceutyczna na ten czas nie jest tym zainteresowana, bo nie ma rynku
zbytu. Woli zrobić lekarstwo na ból głowy, bo rynek zbytu się liczy w
milionach, a tutaj przy takiej garstce ludzi nie ma dla kogo tego robić - żali się Andrzej Łabno.
Przeliczania życia na złotówki nie rozumie wielu ludzi. Dlatego pomagają stowarzyszeniu, tak jak śląscy offrooadowcy. - Dziesięć
złotych wrzucone przez kogoś do puszki, to już jest tam jakiś kawałek
pieniążka. Być może to nie są duże kwoty, duże wpłaty, ale zawsze na tą
jedną porcję leku, czy na jedną porcję jakichś innych rzeczy wystarczy -
uważa Ireneusz Witek, Silesia Park 4x4. Żeby Mateuszowi, Maksowi i
innym dzieciom dać szansę na przeżycie, takich ludzi musi się znaleźć
dużo więcej. Jak pomóc? www. uratumyzycie.org.pl to właściwy adres dla
tych, którzy nie chcą pozostać obojętni.